26 marca 2016

Rozdział XII

* lekko edytowane 18.12.2020r *

                Dla Was wszystkich za to, że czekaliście.
~*~

Stuk. Stuk. Stuk. Hermiona jak tylko usłyszała ten znienawidzony dźwięk skuliła się jeszcze bardziej. Cała drżała i po jej policzkach spływały łzy. Nie wiedziała ile już przebywa w kopalniach, ale stukot obcasów Johanny za każdym razem zwiastował cierpienie. Draco też nienawidził jej wizyt w celi. Śmierciożerczyni torturowała w okrutny sposób, którego nie powstydziłby się nawet sam Voldemort. Po nich ofiara nie miała nawet ochoty by żyć. Wracały wszystkie złe wspomnienia, dobre znikały na zawsze. 

- Wyglądacie okropnie – oznajmiła brunetka na powitanie, zresztą zgodnie z prawdą. Ubranie szatynki było całe brudne i w niektórych miejscach porwane a włosy składały się praktycznie z kilku wielkich kołtunów. Oczy miała przekrwione i podkrążone, skórę bladą jak u trupa. Blondyn nie prezentował się lepiej. Miał na sobie jakieś łachmany i całe jego ciało pokryte było ranami, siniakami i strupami. – Na pewno musicie być głodni – dodała z udawaną troską. – Travis, Theon, dajcie naszym gościom posiłek.

Pomagierzy Johanny otworzyli skrzypiące drzwi od celi i podali więźniom po kilka jabłek. Miały im one starczyć na cały dzień. Nie były to jednak zwyczajne owoce. Część z nich sprawiała, że w umyśle ofiary pojawiały się zmienione wspomnienia. Powodowały one rozpacz i cierpienie. U szatynki było to z reguły ponowne przeżywanie tortur w Malfoy Manor. Za to do blondyna powracały wszystkie emocje odczuwane podczas wizyt Voldemorta i wykonywania zleconego na szóstym roku zadania. I chociaż Draco i Hermiona  za wszelką cenę chcieli unikać tortur, to trawiący ich głód z reguły wygrywał. Nigdy jednak nie jedli, kiedy w pobliżu nich stała czarnowłosa kobieta. Robili wszystko, aby tylko nie dawać jej jeszcze większej satysfakcji. 

- Nie chcecie jeść? – zapytała ze sztucznym smutkiem. – A może jesteście ciekawi jak bardzo głupi i nieostrożni byliście? Wiem, że niczego bardziej nie pragniecie usłyszeć. Travis! Przynieś mi coś do siedzenia – rozkazała. Po chwili jej służący wrócił z wygodnym krzesłem lewitującym niedaleko niego. Poplecznik brunetki był dość gruby i bardzo wysoki. Nie grzeszył rozumem i odznaczał się brutalnością. Za to Theon był szczupły i nawet dobrze zbudowany. Na pierwszy rzut oka wydawał się sympatyczny. Był jednak okrutny i uwielbiał znęcać się nad innymi ludźmi. – Od czego by tu zacząć? O, już wiem! Para nieznajomych daje wam w prezencie koszyk a wy go przyjmujecie! Nie pomyśleliście nawet, że mogli być oni pod wpływem klątwy Imperius. A na ich podarunek zostało rzucone zaklęcie wykrywające magię. Chociaż czego można się spodziewać po takim zdradzieckim druzgotku i szlamie? Nie podejrzewaliście nawet, że wasi sąsiedzi donosili nam o wszystkich waszych ruchach. Ale i tak najlepiej dowiedliście tego kim jesteście podczas festynu! Otoczeni śmierciożercami zwracaliście się do siebie po prawdziwych nazwiskach! Gdyby wszystkie nasze ofiary wykazywały się waszą głupotą to już byśmy rządzili całym Ministerstwem – zrobiła przerwę na chwilę i uważniej przyjrzała się swoim więźniom. – Chyba dawno nie otrzymaliście porządnej dawki mojej ulubionej klątwy. Theon! Travis! Mała rundka z Cruciatusem i macie być od razu w moim gabinecie! Jeśli nie usłyszę ich krzyków na górze to spotka was to samo – ostrzegła swoich pomocników i już po chwili zniknęła w jednym z wielu ciemnych korytarzy. Dwaj śmierciożercy spojrzeli na siebie, po czym z widoczną radością przystąpili do wykonywania rozkazu. 


~*~


- Dłużej już nie wytrzymam – powiedziała cichym, ochrypłym głosem i nie czekając na reakcję blondyna sięgnęła po owoc znajdujące się na samej górze koszyka. Sam ruch sprawił jej wiele bólu. Już chciała ugryźć pierwszy kęs, ale Draco w ostatniej chwili zareagował i chwycił jej rękę. – Dlaczego to zrobiłeś?! – zapytała z gniewem.

- Jeśli to jest przeklęte jabłko to lepiej je zniesiesz trzymając mnie za rękę – powiedział spokojnie, aby jak najlepiej to do niej dotarło. Sam nie wiedział dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, aby jak najmniej cierpiała. Nie chciał się jednak nad tym teraz zastanawiać, więc kontynuował. – Dzięki temu łatwiej będzie ci pamiętać, że to nie dzieję się naprawdę.

Hermiona przez chwilę patrzyła na niego zdziwiona, jednak nie mogąc już dłużej wytrzymać złapała go za prawy nadgarstek i wzięła pierwszy kęs. Gdy po kilku sekundach nic się nie wydarzyło odetchnęła z ulgą i jak najszybciej zaczęła zjadać cały owoc. Dopiero gdy został jej już sam ogryzek zorientowała się, że nadal trzymała blondyna za rękę. Puściła ją jak najszybciej.


~*~


Drżącą ręką wyjęła z teczki pierwszy dokument. Był to jej akt urodzenia. Jednak w miejscu, w którym zawsze widziała napis „Nieznany” i „Nieznana” nagle widniały imiona jej rodziców. 

- Richard Robert Watson, Gabriella Jean Watson – powiedziała szeptem. Teraz kiedy je znała stali się oni dla niej realnymi osobami. Nie mogła sobie wmawiać, że ich nie ma, że nie istnieją. Nie możliwe już było dalsze oszukiwanie siebie. Musiała się wziąć w garść. Opanować emocje. Wmówić sobie, że wszystko jest w porządku, mimo iż wewnątrz panował chaos. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Powoli odłożyła kartkę na stolik i wzięła do ręki następną. Zawierała ona informacje o miejscu zameldowania jej rodziców. Zamknęła oczy. Zaczęła się zastanawiać, czy na pewno chce poznać ich adres. Jeszcze nie jest za późno – powiedział cichy głosik w jej głowie. Zawsze mogła szybko pognieść dokument. Teczkę zniszczyć, pozbyć się jej. Tak byłoby łatwiej. Nie musiałaby ryzykować. Bać się. Wystarczy, że nie przeczyta reszty danych jej informacji. Zapomni, że kiedykolwiek miała okazję poznać swoich rodziców. 

Zdawała sobie sprawę, że tylko ucieka od problemów zamiast się z nimi zmierzyć. Zawsze myślała, że była odważna. Nie powinna rezygnować, nie wykorzystać danej jej szansy.

- Jestem przy tobie – usłyszała nagle. Skierowała wzrok na bruneta unikając patrzenia na kartkę. Widziała, że może mu ufać. Że cokolwiek postanowi, on będzie ją wspierać. Że jej nie opuści, jeśli będzie go potrzebować. Dodało jej to odwagi. Nie ma się czego bać – powtarzała sobie w głowie. Wróciła do kartki. Powoli zaczęła czytać jej treść. Mniej więcej w połowie natrafiła na najważniejszą informację. Queen’s Road 54, Londyn. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.

- Chcesz, abym z tobą pojechał? – zapytał Matt. Niepewnie pokiwała głową. Nadal nie dotarło do niej to, co przed chwilą przeczytała. To tylko kilka godzin stąd. Zerknęła na zegar wiszący na ścianie. Dochodziła dziesiąta rano. Była sobota. Po chwili wahania zdecydowała.

- Masz dzisiaj cały wolny dzień?


~*~


-Sądzisz, że będą w domu? – zapytała zestresowana szatynka. Jechali już samochodem jakieś cztery godziny i za pół mieli być w Londynie. Ręce jej się trzęsły i z każdym pokonanym kilometrem coraz bardziej bała się, że podjęła złą decyzję. Jednak ciekawość zwyciężyła. Chciała wiedzieć dlaczego ją porzucili. Dlaczego musiała być wychowywana bez rodziców, jakiejkolwiek rodziny.

- Nie mam pojęcia skarbie. Ale jakoś sobie wtedy poradzimy – dodał z uśmiechem i na chwilę oderwał wzrok od drogi. Patrzył na nią z miłością, troską. Nikt wcześniej tak na nią nie patrzył. Kobieta z każdą spędzoną z Mattem sekundą coraz bardziej upewniała się w tym, że chce z nim spędzić resztę swojego życia. – Zawsze mamy jeszcze siebie, prawda?

- Prawda – odpowiedziała i uścisnęła jego rękę. 


~*~


Jeszcze raz sprawdziła adres z dokumentów. Był identyczny jak ten znajdujący się przy drzwiach niewielkiego, jednorodzinnego domu na obrzeżach Londynu.  Queen’s Road 54, Londyn. Naprawdę była w odpowiednim miejscu. 

- Jesteś gotowa, skarbie? – zapytał Matt z troską. 

- Chyba nigdy do końca nie będę – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Ale muszę to zrobić jak najszybciej, bo z każdą chwilą coraz bardziej się tego boję – stwierdziła i działając pod wpływem impulsu wysiadła z samochodu. Szybkim krokiem dotarła do drzwi, jednak nie odważyła się zadzwonić domofonem. Chwilę później obok niej znalazł się narzeczony. 

- Jestem tuż przy tobie, skarbie – powiedział szeptem i na potwierdzenie swoich słów objął ją w pasie. – I nigdy nie zostawię cię samej, szczególnie jeśli będziesz mnie potrzebować.

- Dziękuję – odpowiedziała cicho i zadzwoniła do środka. Od razu rozbrzmiał głośny dźwięk i chwilę potem słychać już było zbliżającego się domownika. Matt ścisnął jej rękę, chcąc w ten sposób dodać jej odwagi.

Chwilę potem drzwi otworzyły się na oścież. Znajdowała się za nimi kobieta, na oko pięćdziesięcioletnia. Jej włoscy były tego samego odcienia co u Hermiony a ich oczy były po prostu identyczne. Młodsza szatynka wstrzymała oddech. Od razu dotarło do niej, że stoi przed nią jej matka. Starsza kobieta również to sobie uświadomiła. W jej oczach pojawiły się łzy szczęścia. Szybko przekroczyła próg i chwyciła swoją córkę w objęcia. 

- Her… Emmo, córeczko – powtarzała co kilka sekund do młodej czarownicy. Ta stała ciągle sztywno
i nie wiedziała co ma robić. Nawet jeśli to była jej matka, to nie znała jej ani trochę. Nadal nie wiedziała dlaczego ją oddali i po tych latach spędzonych samej nie mogła po prostu tak szybko im zaufać. Nie pozwoli, aby znowu złamali jej serce.

Po chwili w drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna o ciemnych włosach. Przez kilka sekund nie wiedział, co się właściwie dzieje, ale gdy tylko ujrzał twarz swojej zaginionej córki, wszystko się wyjaśniło. Dzień wcześniej był u nich Draco, który przedstawił im dokładnie całą sytuację. Powiedział jaka jest oficjalna wersja wydarzeń, kim kto jest, czego mają nie mówić a co powinni. Młody czarodziej pomyślał o wszystkim. Jednak kiedy widział swoją córeczkę tuż przed sobą, zapomniał o tym, że nie miał możliwości jej rozpoznać. Szybko podbiegł do dwóch najważniejszych kobiet w swoim życiu i wziął je w swoje ramiona. I nigdy więcej nie chciał jej już nigdy z nich wypuszczać.

Jednak nie minęła nawet minuta i musiał to zrobić. Hermiona odsunęła się od nich ze zmieszanym wyrazem twarzy. Musiała sobie to wszystko uporządkować w głowie. Złapała ponownie Matta za rękę pragnąc by dodało jej to potrzebnej odwagi.

- Uważam, że powinniśmy porozmawiać – powiedziała dyplomatycznie, w sposób jak najbardziej pozbawiony uczuć. Sytuacja była dla niej dziwna, nieznana, ale nie chciała dać po sobie poznać,
że wyprowadziła ją z równowagi. 

- Oczywiście – szybko zgodziła się jej matka. Bała się, że przez jej emocjonalną reakcję wszystko stanie się jeszcze bardziej niezręczne. Zresztą jej mąż miał takie same obawy. – Zapraszam do środka.

Przedsionek był dość wąski. Duża szafa na kurtki i buty zajmowała połowę pokoju. Hermiona
i Matt, zdjąwszy swoje nakrycia, udali się za panią Granger do następnego pomieszczenia - niedużego, choć przytulnego salonu.  W jego centrum znajdowała się duża, beżowa kanapa, naprzeciwko której stał niewielki stolik do kawy oraz dwa wygodne fotele. Za nimi widać było kominek, na którym stały oprawione w ramki zdjęcia. Na parapetach stały kwiaty, które ożywiały całe pomieszczenie. Ściany były koloru jasnozielonego, a podłoga wykonana z jasnego drewna rozjaśniała pokój.

Pan Granger wskazał gościom miejsce na kanapie, samemu siadając na jednym z foteli. Jego małżonka zaproponowała wszystkim coś ciepłego do picia. Podczas jej nieobecności panowała niekomfortowa cisza, przerywana co chwilę tylko przez krople deszczu uderzające o okna. Po kilku minutach matka szatynki wróciła z tacą zawierającą duży czajnik, cztery filiżanki oraz talerzyk z biszkoptami. Dobrze wiedziała, że jest to ulubione połączenie jej córeczki. Kiedy wszyscy mieli już nalaną herbatę, pierwsza głos zabrała pani Granger.

- Jestem pewna, że oczekujesz odpowiedzi na dręczące cię pytania – spojrzała na Hermionę i kiedy ta pokiwała nieznacznie głową, kontynuowała. – I je dostaniesz. Tylko proszę, nie przerywaj i postaraj się wczuć w naszą sytuację. 

I tak oto została zrealizowana pierwsza część planu Draco. Hermiona wysłuchała historii swoich rodziców. Wiedziała już, że nie mieli oni wyboru i musieli ją oddać. Nie chciała ich winić,
ale przed nimi była długa droga do pełnego zaufania i naprawionych relacji. 


~*~


Cała drżała. Nie wiedział, jakiego zaklęcia użyła na niej Johanna, ale nie chciał sam go doświadczyć. Hermiona wyglądała tragicznie. Cała pokaleczona, podrapana, spocona, zwinięta w kłębek. Czar chyba powoli przestawał działać, ponieważ oddychała coraz wolniej. Nadal jednak po jej chudych policzkach spływały łzy. Oberwała za to, że odważyła się spojrzeć oprawczyni prosto w oczy. Ta uznała to za zniewagę. I teraz blondyn czuł, że powinien jakoś zareagować, pocieszyć szatynkę i dodać jej otuchy. Nie wiedział dlaczego to zrobił, ale doczołgał się do kobiety. Potrząsnął nią, dotknął jej ramienia. Gdy spojrzały na niego błyszczące oczy pełne cierpienia, mokre od łez, na chwilę się zatrzymał. 

- Już po wszystkim – powiedział szeptem do jej ucha. – Już sobie poszła. 

Nie był widocznie ekspertem od pocieszania, ponieważ Hermiona zaczęła szlochać. Był zmieszany. Chyba cokolwiek by nie powiedział i tak byłoby źle. Jednak nie poddał się, sam do końca nie wiedząc czemu. Usiadł obok szatynki i najprościej na świecie ją przytulił. Ta natychmiast wtuliła się w niego. Draco przestał na chwilę oddychać. Ta sytuacja była dla niego nowa. Czuł na swojej piersi systematyczny, głęboki oddech kobiety, co chwila zagłuszany przez pociąganie nosem. Mimo to nadal ją przytulał. Czasami czyn znaczył więcej niż najbardziej przemyślane słowa. Wystarczy po prostu być.




********************


No i się stało. Minęło ponad 10 miesięcy od ostatniego rozdziału. Naprawdę, naprawdę Was za to przepraszam. Nie będę zwalać winy na szkołę i podobne, ponieważ wiem że stoi ona wyłącznie po mojej stronie.
Przez te 10 miesięcy udało mi się napisać tylko 5 stron. To brzmi fatalnie. Mam nadzieję, że Wam się spodobały. Na początku chciałam, aby rozdział był dłuższy jeszcze o minimum stronę albo dwie. Uznałam jednak, że nie będę tego tak rozciągać, bo wtedy rozdział by się w ogóle nie pojawił.
Dziękuję też Klarze i Oli, które jak zawsze pomagały mi w sprawdzaniu rozdziału. Bez Was by go tu teraz nie było.
Nie mam pojęcia kiedy będzie następny rozdział. Czy to będzie miesiąc, dwa albo przerwa będzie tak długa jak ta. Zrobię co w mojej mocy aby dokończyć tę historię. Zajmie mi jednak dużo czasu powrócenie do niej. Wczucie się w nią tak jak rok temu. Ale dla Was będę się starać.
Jeszcze raz bardzo Was przepraszam. Mam nadzieję, że przynajmniej ten rozdział Wam to jakoś zrekompensuje.

No i oczywiście Wesołych Świąt Wielkanocnych!

Pozdrawiam,
Maggie Z.

PS. Co sądzicie o nowym szablonie?